27 listopada 2015

Informacja o nowej stronie

Niniejszy blog nie jest już aktualizowany, jednak nadal można go odwiedzać i przeglądać zawarte tu wpisy.
Zainteresowanych zapraszam na moją nową stronę:




Dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli Gryzipiórkowi przez te wszystkie lata.


Pozdrawiam,

Agnieszka Turzyniecka


28 lutego 2015

Kiedy pisarz zaczyna być pisarzem?


Kilka razy na przestrzeni ostatnich lat byłam świadkiem pewnej zaciętej dyskusji w środowisku literackim. Temat ten zdaje się powracać co jakiś czas jak bumerang, czy to w kontaktach realnych, czy wirtualnych. O co chodzi? O skromność. A może powinnam od razu powiedzieć: o skromność fałszywą. Oto zbiera się grupka ludzi po piórze na którejś z wielu grup okołoliterackich i zaczynają się licytować, kto z nich jest mniej pisarzem. Zapewniają, że nie czują się „pisarzem” lub nie zasługują na takie miano. I tu padają argumenty: „Jestem tylko pisaczem”, „Jestem autorem”, „opowiadaczem”, „gawędziarzem”, etc. I zaczyna się licytacja. Kto da więcej... tfu! kto da MNIEJ, kto sobie bardziej ujmie, kto bardziej pogrąży poczucie własnej wartości, kto będzie bardziej zapalczywie twierdził, że wprawdzie coś tam napisał, no ale pisarzem to on nie jest i jeszcze długo nie będzie.

„Jak wydam tak ze 4 powieści, to może będę już mógł się nazwać pisarzem, ale na razie jestem tylko autorem/pisaczem/opowiadaczem/gawędziarzem/czymśtambliżejnieokreślonym”

„Nie uważam się za pisarkę. To tylko hobby”

Czytając i słysząc takie wypowiedzi, zawsze czułam niesmak, a przez głowę przelatywało mi: NIE KUPUJĘ TEGO. Zaczęłam się więc zastanawiać, jaka jest geneza tego fenomenu. Co dzieje się w głowach tych ludzi? Jakie zdarzenia, zachowania, wzorce i czynniki społeczne doprowadziły do takiego toku myślenia? Czy piekarz zapytany o zawód, też mówi, że owszem, chleb piecze, ale piekarzem to on nie jest, bo będzie nim dopiero, jak...? Czy architekt też powie, że nie jest architektem, tylko... planowaczem? Nauczyciel też czuje się nauczycielem tylko trochę, tak tylko hobbystycznie?
Kolejne pytanie nasunęło się już samo: Kiedy ktoś, kto pisze książki, zaczyna być pisarzem? W którym momencie przestaje być „pisaczem hobbystycznym”, a zaczyna być pisarzem z prawdziwego zdarzenia?

Od najmłodszych lat uczy się nas, że chwalenie się nie jest czymś dobrym. Kto nie spotkał się w szkole z określeniem „chwalipięta”? Kto z nas nie krzyczał na podwórku: „Nie przechwalaj się!”? Uczniowie, którzy osiągają najlepsze wyniki, szybko dostają łatkę kujona, co wpaja innym dzieciom, że wybijanie się ponad przeciętność też nie jest dobre. Kiedy spotykasz na ulicy koleżankę, która straciła pracę, ma do wykarmienia troje dzieci i męża pijaka, to nie opowiadasz jej, że Tobie akurat się świetnie powodzi, dostałeś podwyżkę, kupiłeś sobie nowy samochód, a w wakacje lecisz do Egiptu. Dlaczego? Bo nie chcesz, by koleżanka poczuła się gorsza. Nie chcesz jej sprawić przykrości. Odpowiadasz więc: „A u mnie też stara bida, jakoś się żyje, wiesz jak to jest”. W naszym języku funkcjonują takie cięte riposty jak: „Skromnością to on nie grzeszy”.
Takie schematy zachowań nauczyły nas, że trzeba nieustannie pomniejszać swoją wartość, by nie wyjść na chwalipiętę, by nie wprowadzać innych w zakłopotanie, by nie wybijać się przed bezpieczny szereg. Skromność z drugiej strony jest postrzegana jako coś pozytywnego i pożądanego. Ludzie świadomi swoich umiejętności, wiedzy, urody czy talentu, wywołują powszechne kpiny, lub uznaje się ich za niesympatycznych arogantów.
Wróćmy jednak do pytania, kiedy pisarz staje się pisarzem? Tu też pojawiają się we wspomnianych dyskusjach propozycje od samych „pisaczy”:

„Jak może żyć ze swoich książek”
„Jak umrze i historia uzna go za pisarza”
„Jak zajmuje się pisaniem na pełen etat”
„Jak napisał 2,3,4,7,120 książek”
„Jak ma czytelników”
„Jak ktoś kupuje jego książki”
„Jak znajdzie wydawcę”

Wszystkie te propozycje są prawdą i kompletną bzdurą jednocześnie. Po długim namyśle doszłam do jedynego możliwego wniosku: Pisarz jest pisarzem wtedy, kiedy sam uwierzy, że nim jest.
Nie wcześniej i nie później. Dlaczego mielibyśmy podważać własne umiejętności, podkopywać swoją wartość, udawać, że to, co robimy, nie ma żadnego znaczenia? Ma. Gdyby nie miało, człowiek nie dałby rady wysiedzieć kilkaset godzin na twardym krześle i pisać książkę. Gdyby nie wierzył w powodzenie tej książki, nigdy by jej nie skończył. Bo pisanie wymaga ogromnego zaangażowania, ono wsysa i wypluwa człowieka w takim stanie, że rzuciłby to cholerstwo czym prędzej w kąt, gdyby nie wierzył. A skoro tak, to dlaczego potem pomniejsza wartość swojej pracy? Tak zawzięcie, że z czasem nawet sam zaczyna wierzyć, że napisanie tej książki nie było niczym nadzwyczajnym?
Mam pytanie do autorów, którzy boją się nazwać siebie pisarzami: Skoro Ty nie wierzysz w to, że jesteś pełnoprawnym pisarzem z krwi i kości, to jak możesz tego oczekiwać od swoich czytelników?

I błagam, nie mów, że wcale nie oczekujesz. Ludzie płacą za Twoje książki, bo wiedzą, że mają wartość. A Ty o tym wiesz? Skończmy z tym zakłamaniem... Pisanie to tylko Twoje hobby, ale Twoje książki są w księgarni i liczysz przecież, że się sprzedadzą. Konsekwencja nakazuje więc założyć, że skoro Ty nie uważasz się za prawdziwego pisarza, to Twoje książki nie są pełnowartościowym produktem. Czy gdyby chirurg powiedział, że jest lekarzem tylko hobbystycznie, to chciałbyś się u niego leczyć? Gdyby murarz twierdził, że jest murarzem tylko trochę, to powierzyłbyś mu budowę swojego domu?
Fałszywa skromność ma fatalne skutki dla nas samych, bo podświadomość nie dzieli tego, co wypływa z naszych ust na prawdę i kłamstwo. Jeśli kierowani niepotrzebną skromnością wciąż powtarzamy, że nie jesteśmy nikim szczególnym, a nasze dokonania nie są nic warte, to podświadomość przyjmuje to za fakt.

Nie da się być pisarzem, piekarzem, ogrodnikiem, czy inżynierem tylko troszeczkę. Jeśli się na coś decydujesz, to broń tego. Przede wszystkim przed samym sobą. Bądź piekarzem i pisarzem całą gębą.

AT

13 lutego 2015

Na czym lepiej nie budować swojej wartości


Dostałam parę dni temu wiadomość na FB, na mojej stronie autorskiej. Jakaś pani napisała, że przeczytała moją debiutancką książkę i grzecznie przedstawiła, o co jej chodzi (pisownia oryginalna):
witam!
przeczytałam Inspektora Kres i zaginioną.
daje Pani na swoich stronach rady jak napisać książkę, ja bardziej jestem zainteresowana jak się wydaje takie książki jak wyżej wymieniona?
do tego ciekawi mnie czy jak się pisze (i czy Pani tak miała) że ta książka była skierowana do konkretnego odbiorcy?
pozdrawiam, J.
Odpowiedziałam więc, że ta wiadomość zainspirowała mnie do napisania artykułu o tym, jak przygotować się do wydania książki. Pani więc podziękowałam i pozdrowiłam ją, informując jednocześnie, by szukała odpowiedzi na moim blogu w najbliższym czasie. Parę minut później, nie spodziewając się już niczego nadzwyczajnego, wróciłam do skrzynki z wiadomościami:
Dziękuję za odpowiedź, pewnie już ostatnią.
Chciałam Pani polecić książki Piotra Rosa to były policjant, oficer z Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Pracował przy rozpracowywaniu największych grup przestępczych działających w Polsce w latach 90. Świetna akcja, bardzo realne opisy działań policyjnych i do tego "wszystko trzyma się kupy.
Dalej Pani J. wali z grubej rury:
Pytam dla kogo są Pani książki, bo przychodzi mi do głowy że dla niezbyt inteligentnej kury domowej. Ja staram się zrozumieć że to fikcja literacka ale Pani naprawdę wyobraża sobie że policjant (tępy) bez znajomości nawet języka jedzie do innego kraju wchodzi do burdelu i pokazuje czyjąś fotkę? Niespójności w tej książce jest całe mnóstwo.
Ciekawa jestem jak się wydaje tak oderwaną od rzeczywistości książkę o ograniczonym umysłowo policjancie? Zaczynam wierzyć że to łatwy zarobek w Polsce, napisanie i wydanie takiej nijakiej książki.
Mam nadzieję że jednak na co dzień zawodowo zajmuje się Pani czymś innym niż pisanie książek i polski rynek nie będzie zalewany takim książkami.
Życzę sukcesów na innych gruntach zawodowych i prywatnych.
Pozdrawiam, J.
Ludzie, kupcie sobie worek treningowy i walcie sobie w niego, jak nie możecie sobie dać rady z frustracją, która zalewa Wasze życie. Nie piszcie do mnie kiepsko zawoalowanych hejtów, które mają mnie pogrążyć w czarnej rozpaczy. Nie pogrążą mnie, i to z wielu powodów. Może dlatego, że wydając tę, czy tamtą książkę, wiem, że trafi ona do różnych ludzi, a ludzie bywają - nomen omen - różni. Może dlatego, że to ja steruję moim życiem i moim samopoczuciem - a nie przypadkowi ludzie. Może dlatego, że zaliczyłam w życiu parę razy prawdziwą czarną rozpacz i wiem, że sprawy takiego kalibru nie są w stanie mnie tam ponownie zaprowadzić. A może dlatego, że wiem, że z krytyką nie spotykają się tylko ci, którzy nic nie robią. Pani J. jest jedną z wielu, którzy chcieli, chcą i będą chcieli zepsuć mi krew. Pod tym postem pewnie pojawią się komentarze, że to taki kraj, taka mentalność, typowo polski hejting. Ja jednak wierzę, że to nie kwestia narodowości, tylko indywidualnej osobowości. Kiedy człowiek próbuje zbudować poczucie własnej wartości poniżając innych, coś w jego życiu musiało pójść nie tak. Coś, co sprawiło, że doszukiwanie się wad u innych stało się podstawą ich pewności siebie. To niestety działa też w drugą stronę - kiedy szukamy słabych stron u innych, zawsze znajdzie się ktoś, kto nie ma naszych wad i będzie budował swoją wartość poniżając nas.
To jest moje życie, moja odpowiedzialność, moje sumienie, nikt za mnie nie przeżyje wyznaczonego mi czasu, nikt za mnie nie umrze. Więc niech mi też nie mówi, jak mam żyć i jak mam pisać. Nikt nie ma obowiązku kupować moich książek. Czy ja kiedykolwiek twierdziłam, że moje powieści są najlepsze na świecie, a ja sama jestem chodzącym ideałem, na którym mucha nie siada? Nie. Moje książki nie są dla wszystkich, tak samo jak nie każdy lubi ten sam rodzaj sera, muzyki, ubrań, perfum, filmów. I nawet jeśli moje książki są dla "niezbyt inteligentnej kury domowej", to obydwie mamy do tego prawo - ja i kura.
Natomiast zdanie "Zaczynam wierzyć, że to łatwy zarobek w Polsce" pokazuje, że Pani J. nie ma zielonego pojęcia o rynku książki w naszym kraju.
Droga Pani J., jak Pani widzi, napisałam obiecany post zainspirowany Pani wiadomością.

A.T.