15 czerwca 2012

O piramidach, podróżach i języku niderlandzkim - rozmowa z Mają Porczyńską

Monika Olasek: Niewiele można się o Tobie dowiedzieć z notki na Gryzipiórku. Jaka jest Maja?
Maja Porczyńska: Ciężko mówić o sobie, bo albo człowiek jest zbyt skromny, albo zbyt zarozumiały. Na pewno jestem osobą otwartą, uśmiechniętą, wrażliwą i spontaniczną. Bardzo cenię sobie kontakt z drugim człowiekiem, jestem ciekawa świata i innych kultur. Kocham podróże. Jestem zdecydowanie gadułą. Potrafię być nieźle zakręcona i zdarzają mi się komiczne sytuacje.

MO: Dużo podróżujesz? Co udało Ci się już zwiedzić?
Maja: Najcieplej i najmilej wspominam wyprawę z moją siostrą cioteczną do Ameryki Środkowej – od Kostaryki, przez Nikaraguę, Honduras po Gwatemalę śladami Majów. Miesiąc włóczęgi z plecakami i przewodnikiem Lonely Planet. Nadal jestem pod wrażeniem przyrody Stanów Zjednoczonych – Wielkiego Kanionu, Doliny Śmierci, a także Nevady i oceanu nad Zatoką Meksykańską. Niezaprzeczalnego uroku Santorini i Krety. Rejsu po Nilu i piramid w Gizie. Moim ukochanym miastem pozostaje jednak Amsterdam. To miasto, które nigdy nie śpi, jest wyluzowane, a jednocześnie głośne i tłoczne – uwielbiam te wąskie uliczki, malownicze zakamarki, mosty i charakterystyczne domy. Jest też wiele miejsc, które chciałabym kiedyś odwiedzić – marzę o podróży do Meksyku śladami Majów, o RPA i Malediwach, ostatnio pod wpływem filmu spodobała mi się Norwegia – świat jest piękny, podróżowanie uczy nas pokory i szacunku dla innych kultur, wzbogaca nas wewnętrznie, więc ta lista nie jest wyczerpana, zobaczymy, które z tych miejsc uda mi się odwiedzić (śmiech). Tak naprawdę marzę o wielu miejscach, Ameryka Południowa też jest przepiękna, podobnie jak wiele miast europejskich, które wciąż są przede mną.
MO: A w te wakacje zaplanowałaś zwiedzenie nowego miejsca, czy jedziesz gdzieś, gdzie już byłaś? Maja: W tym roku byliśmy ponownie w Egipcie (te piramidy trzeba było wreszcie zobaczyć), a co będzie dalej... nie wiadomo.
MO: Piszesz, że niedoścignionym wzorem dla Ciebie jest Ernest Hemingway. Masz jeszcze innych literackich „idoli”?


Maja: Poza Hemingwayem nie mam innych idoli, chociaż cenię wielu pisarzy. Ponieważ uwielbiam thrillery i książki sensacyjne, doceniam warsztat Jeffrey'a Deavera, Agathy Christie, Patricii Cornwell, Alex Kavy i wielu innych. Z polskich autorów Marka Krajewskiego oraz starszą twórczość Joanny Chmielewskiej. Jak widać, niezły rozstrzał. Jestem zwolenniczką krótkich zdań, prostego języka, niedopowiedzeń, efektu „niespodzianki”.
MO: Masz jakąś książkę, do której wracasz?
Maja: Tak, Komu bije dzwon w oryginale – niektóre fragmenty znam na pamięć (śmiech). Chętnie wracam też do powieści Agathy Christie, lubię zagadki i opis świata, który dawno już przeminął. Ostatnio przeczytałam grubą pozycję na temat historii Starożytnego Egiptu, bardzo lubię też reportaże.
MO: We wstępie do swojego zbioru opowiadań piszesz: Wokół nas jest wiele piękna, dobroci i sympatii – trzeba tylko umieć je dostrzegać. Twoje opowiadania są pełne optymizmu – choć opisują niezbyt wesołe sytuacje (główny bohater i pies z Kundla są bezdomni, Paweł z Jednej nocy traci pracę) dają nadzieję, że opowieść, którą snujesz kończy się dobrze, wszystko się układa. Na co dzień też jesteś taką optymistką? 

Maja: Tak, jestem optymistką, ale z gatunku tych „realnych optymistów”, to znaczy, że potrafię oceniać realnie rzeczywistość, co nie przeszkadza mi w patrzeniu z ufnością na świat i drugiego człowieka. Podobno moim znakiem rozpoznawczym jest uśmiech. Nie oznacza to oczywiście, że jestem naiwna i nie zauważam zła, które jest wokół nas, zawsze jednak staram się patrzeć głębiej i zauważać to, co umyka większości z nas. Bo według mnie te drobne oznaki serdeczności, wrażliwości, dobra są wszędzie, ale nasze zagonione społeczeństwo ich nie zauważa, jest za bardzo skoncentrowane na sobie. Egocentryzm to zły przejaw naszych czasów.
MO: Podasz przykłady tych zwykle niezauważanych oznak serdeczności i dobra?
Maja: Mogłabym przytoczyć wiele takich przypadków, ale ograniczę się do jednej sytuacji, którą opowiedział mi mój kolega po lekturze Bliżej, niż myślisz. Stał na dworcu w kolejce do kasy, był wczesny ranek, wszędzie tłok, masa ludzi, udających się do pracy i do szkoły. W poczekalni kręcił się bezdomny, trzymał w ręku kartkę i pokazywał coś podróżnym, ale oni odwracali się do niego plecami albo ostentacyjnie go ignorowali. W końcu bezdomny podszedł do kolegi, kolega go wysłuchał i mu pomógł. Okazało się, że ten bezdomny nie miał okularów i nie mógł przeczytać tekstu napisanego na tej kartce. Za kolegą stała dziewczyna, która widząc jego bezinteresowną pomoc, popatrzyła na niego z wdzięcznością i uśmiechnęła się do niego. Kolega powiedział mi, że to lektura moich opowiadań skłoniła go do tego gestu, a pomoc bezdomnemu i wdzięczność tej nieznajomej dziewczyny napełniły jego serce prawdziwą radością – niby niewielki gest, ale jakże wymowny. Tak często zdarza nam się myśleć sztampowo – bezdomny, kartka w ręce, pewnie chce wyciągnąć drobne na tanie wino albo mnie okradnie. Jakże krzywdzące są takie stereotypy. Powiem Ci szczerze, że gdy kolega mi to opowiedział, poczułam równie wielką radość – jeszcze są na tym świecie wrażliwi ludzie o pięknym wnętrzu.
MO: Faktycznie ładna opowieść. I ze względu na zachowanie kolegi i z powodu reakcji dziewczyny. Co mi przypomniało niedawną dyskusję wśród moich znajomych. Uśmiechasz się do obcych osób na ulicy? Odwzajemniasz uśmiech obcej osoby, czy uznajesz ją za niespełna rozumu?
Maja: Zdarza mi się i nie, nie uznaję takiej osoby za niespełna rozumu. Co ciekawe, Moniko, okazuje się, że jeśli ktoś uśmiecha się do Ciebie, Ty automatycznie odwzajemniasz uśmiech. Dlatego jestem za tym, żebyśmy częściej się do siebie uśmiechali. Niestety wokół jest przede wszystkim dużo chamstwa i bezczelności.
MO: Ale często osoba uśmiechająca się do obcych na ulicy zostaje uznana za nie do końca normalną. Bo kto normalny chodzi po ulicy i się "szczerzy”? Tylko dzieci i psy (bezkarnie). Ale fakt, często odwzajemniamy uśmiech.
Maja: Oczywiście, łatwo pomylić serdeczność z wariactwem. Ja jednak, jak na realną optymistkę przystało, nie doszukuję się od razu choroby umysłowej, tylko myślę sobie wtedy, że ta osoba po prostu jest szczęśliwa.
MO. Pisać zaczęłaś już w podstawówce. Nadal przechowujesz swoje pierwsze próby literackie?
Maja: Oczywiście, chociaż bardziej z sentymentu niż dumy – te "dziewczyńskie" opowiadania o perypetiach szkolnych wywołują we mnie raczej uśmiech zażenowania, ale nie można im odebrać swoistego uroku. Moja dawna nauczycielka języka polskiego podobno przechowywała moje wypracowania i czytała je kolejnym rocznikom, o czym uprzejmie doniósł mi mój sąsiad. Muszę bowiem dodać, że w szkole podstawowej i liceum jak ognia unikałam pisania prac na temat lektur, wolałam tzw. „wolne tematy”, dzięki którym mogłam popuścić wodze fantazji i bawić się językiem.
MO: Zamiast charakterystyki postaci interpretacja cytatu na podstawie dowolnie wybranych lektur?
Maja: Były to tematy zupełnie niezwiązane z lekturami czy postaciami literackimi. Pełna dowolność interpretacji tematu, np. o miłości, o hobby itd.
MO: Co sprawiło, że wróciłaś do pisania opowiadań po latach?
Maja: Przede wszystkim zachęcił mnie do tego mój znajomy, który sam również pisał opowiadania. Potrzeba pisania była we mnie od zawsze, ale dopiero Kundel stał się przełomem. Wciąż pamiętam ogromną radość i satysfakcję po postawieniu ostatniej kropki. Mam do tego opowiadania wielki sentyment, może dlatego, że nie tylko było pierwszym opowiadaniem w zbiorze Bliżej, niż myślisz, lecz także dlatego, że część fabuły... przyśniła mi się w nocy. Sugestywna scena pobicia, która pojawia się w opowiadaniu, wybudziła mnie ze snu i scaliła pomysł na całość.
MO: Czy tytułowy Kundel ma swój pierwowzór w Twoim otoczeniu, czy też jest wytworem Twoje wyobraźni / snów?
Maja:
Sam bohater – Kundel – jest wytworem mojej wyobraźni, chociaż uwielbiam obserwować ludzi i otaczający mnie świat – na pewno gdzieś tuż obok, na marginesie „normalnego” życia można spotkać wiele pierwowzorów tej postaci. Wiesz, nie jesteś pierwszą osobą, która mnie pyta o Kundla. Właściciele niewielkiego wydawnictwa, do którego wysłałam kiedyś to opowiadanie, właściwie z góry założyli, że Kundel jest postacią autentyczną i byli pod ogromnym wrażeniem jego „osoby” (śmiech).
MO: Bo panuje powszechne przekonanie, że sporo opisanych postaci i sytuacji ma swoje odpowiedniki w rzeczywistości. A Ty czym się częściej kierujesz, pisząc? Sytuacjami, które faktycznie mają miejsce, znanymi Ci osobami czy wyobraźnią?
Maja: Nie będę oryginalna, mówiąc, że czerpię inspirację z życia – z opowieści znajomych, rodziny, z artykułów prasowych, z reportaży, ze słyszenia, z własnych obserwacji. Ktoś już kiedyś powiedział, że najlepszym scenarzystą jest samo życie. Ja oczywiście przerabiam te historie i opowieści, dodaję szczyptę wyobraźni, dopowiadam szczegóły. Nieraz wystarczy jakaś scena, jak dwa gołębie na Plaza de la Virgen w Walencji czy widok bezdomnego pijącego wodę z hydrantu i reakcja grupki młodych ludzi, zaczepiających go i ich złośliwe komentarze. Takie migawki.
MO: Jesteś pisarką, ale także tłumaczem przysięgłym języka niderlandzkiego. Skąd taki wybór języka (niderlandzki nie jest językiem, którego można nauczyć się w każdej szkole)?
Maja: Język niderlandzki wybrał mnie sam (śmiech). A dokładniej, moje losy związane były przez kilka lat z Holandią, gdzie najpierw chodziłam do pierwszej klasy szkoły podstawowej, a później ukończyłam w cztery lata sześcioletnie liceum, tzw. VWO. Mam więc dyplom matury holenderskiej. Tłumaczeniami zajęłam się tuż po maturze i od tamtej chwili, a dokładniej od 1997 roku, nieprzerwanie zajmuję się tłumaczeniami. Holandia w pewnym sensie ukształtowała mój światopogląd, otworzyła horyzonty myślowe, nauczyła samodzielnego myślenia, podważania utartych opinii, nauczyła tolerancji i otwartości. Fakt, że okres dojrzewania przypadł w moim przypadku na pobyt zagranicą, musi rzutować na to, jakim dzisiaj jestem człowiekiem, bo poza biegłą znajomością języka, dała mi też wiedzę na temat kultury, zwyczajów i mentalności Holendrów. W Holandii nadal mam rodzinę, znajomych i przyjaciół, mój kontakt nie ogranicza się zatem wyłącznie do przekładu. Na pewno mam też nieco spaczony zmysł smaku (śmiech), bo jak Holendrzy uwielbiam frytki z majonezem, masło orzechowe (tzw. pindakaas), lizaki salmiakowe i drop, czyli cukierki z masy eukaliptusowej. Jak to kiedyś powiedział mój dobry znajomy, Holender, duszę mam polską, ale mentalność holenderską. Być może coś w tym jest.
MO: To czym się różni polska dusza od mentalności holenderskiej?
Maja: Przede wszystkim bezpośredniością, otwartością i tolerancją na wszystko, co inne bez oceniania, szufladkowania i stygmatyzowania. Ciekawością świata i „wagabundztwem” – Holendrzy uwielbiają podróże i poznawanie nowych kultur. Trzeźwym patrzeniem na świat i wiarą w ciężką pracę. Umiłowaniem dla rozmowy i dialogu oraz brakiem tematów tabu. Myślę, że moja bezpośredniość oraz otwartość, a także brak zahamowań w podejmowaniu tematów tabu niektórych Polaków przeraża. Dodałabym jeszcze skromność – Holendrzy nie znoszą wywyższania się, kwiecistej tytulatury, którą Polacy uwielbiają. Nawet na szczeblu ministerialnym wszyscy mówią sobie na „ty”, co nie przeszkadza zachować dystans i szacunek dla pełnionej funkcji. Dla mnie ta cała skomplikowana procedura przechodzenia na „ty”, zachowywania gradacji i tytułów jest nieco męcząca. W Holandii wystarczy powiedzieć „Jestem Maja” i każdy wie, że do tej osoby należy zwracać się po imieniu. Co ciekawe, Holendrzy nienawidzą dodawania tytułów: panie profesorze, panie inżynierze, panie mecenasie itd. Dla nich tytuły nic nie znaczą, liczą się kompetencje, wiedza i doświadczenie.
MO: A jakie polskie cechy w Tobie drzemią?
Maja: Spontaniczność, gościnność, sentymentalizm i romantyzm.
MO: I ułańska fantazja?
Maja: Wybujała wyobraźnia może tak, ale ułańska fantazja chyba nie (śmiech).
MO: Interesujesz się Starożytnym Egiptem i motoryzacją. Dość dziwne połączenie pasji, nie sądzisz?
Maja: To prawda, moje zainteresowania są bardzo zróżnicowane, ale ponieważ jestem ciekawa świata, ta różnorodność jest dla mnie naturalna. Jako dziecko chciałam być mechanikiem samochodowym, jak mój ojciec i brat, potem marzyłam o zawodzie archeologa – wizja odkrywania skarbów Starożytnego Egiptu wydawała mi się rajem. Moja droga zawodowa poniekąd odpowiada tej „archeologicznej” stronie zainteresowań – tłumaczenia również wymagają „grzebania się” w słownikach, Internecie, szukania odpowiedników, zgłębiania wielu tematów i różnych dziedzin.
MO: Zdarzył Ci się kiedyś do tłumaczenia tekst archeologiczny?
Maja: Niestety nie. Z takich niestandardowych tłumaczeń mogę przytoczyć fragment sztuki, który nie tylko musiałam przetłumaczyć, lecz również nagrać tekst – aktor miał nauczyć się tekstu fonetycznie. Zdarzyło mi się też tłumaczyć reklamówki telewizyjne czy nagrania audiowizualne. Uwielbiam takie niestandardowe zlecenia.
MO: Specjalizujesz się w tłumaczeniach prawnych i prawniczych. Skąd w tym wszystkim, wśród motoryzacji, Egiptu i pisarstwa, wzięło się prawo? Maja: Prawo i przekład prawniczy towarzyszą mi od początku mojej drogi tłumacza i stanowią sporą część wszystkich tłumaczonych przeze mnie tekstów. Być może wynika to m.in. z tego, że ten rodzaj tłumaczeń jest istotny w kontaktach międzyludzkich oraz biznesowych. Poza tym lubię żargon prawniczy, zarówno polski, jak i niderlandzki i odnajduję się w tej tematyce.
MO: No to chylę czoła, bo ja unikam tłumaczeń prawniczych, jak tylko mogę. Podziwiam ludzi, którzy „ogarniają” ten żargon i dość specyficzną stylistykę. Maja: Lubię wyzwania, w pracy tłumacza zajmuję się nie tylko tłumaczeniami pisemnymi, ale również tłumaczeniami konsekutywnymi m.in. w sądzie, u notariusza, w USC – lubię tłumaczenia ustne, chociaż są trudniejsze i wymagają maksymalnej koncentracji. Ta praca bardzo rozwija i człowiek wciąż uczy się nowych rzeczy. Pisząc, mogę z kolei przelać na papier swoje wrażenia, przemyślenia, opowiedzieć historię licząc na to, że zostawi ona w czytelniku jakiś ślad, skłoni do refleksji albo wywoła uśmiech.
MO: Po lekturze Bliżej niż myślisz i Okularów na Gryzipiórku muszę stwierdzić, że do refleksji skłoni na pewno. O uśmiech też nie będzie trudno. Czy masz ulubione wśród swoich opowiadań? Takie, z którym najbardziej czujesz się związana?
Maja: Tak, wspomniany już Kundel, Anioł i Boski wiatr, a także Okulary i Urodziny, ale to ostatnie opowiadanie nie znalazło się na Gryzipiórku.
MO: Okulary bardzo mnie poruszyły. To piękne opowiadanie. Tak samo zresztą jak Kundel i Jedna noc. Zaczynasz snuć jakąś opowieść, potem bum, coś się dzieje i całkowita zmiana nastroju - zwrot o 180 stopni. Bardzo mi się to podoba, tak samo jak to, że poruszasz niełatwe tematy (bezdomny, prostytutka, utrata pracy, trzymając się tych samych opowiadań), i to że ostateczny wydźwięk jest pozytywny i optymistyczny, choć te historie mogłyby zakończyć się smutno.
Maja: Dziękuję, jak pisałam wcześniej, lubię teksty z zaskoczeniem, z jakimś zwrotem akcji, z efektem niespodzianki.
MO: Wróćmy jeszcze do tłumaczeń. Tłumaczysz rozmaite teksty, specjalizujesz się w prawniczych. A co z przekładami literackimi? Literackie są trudniejsze?
Maja: Przekład literacki rządzi się zupełnie innymi prawami niż tłumaczenia uwierzytelnione (potocznie nazywane przysięgłymi), specjalistyczne, czy techniczne. Literatura nie znosi sztywnych ram, gdzie dwa to dwa, gdzie jedno słowo zamienia się na odpowiednik, gdzie tekst musi być wiernym odzwierciedleniem oryginału. Wiadomo, że w tekstach nieliterackich wierność przekładu gwarantuje spójność, często pominięcie jednego słowa albo użycie błędnego odpowiednika w tłumaczeniu ma konsekwencje dla tekstu przetłumaczonego. W literaturze dwa to może, ale nie musi być dwa, że użyję przykładu powyżej. Jednym słowem: oczywiście, przekład musi oddawać treść oryginału, ale dochodzą frazeologizmy, mowa potoczna, wyrażenia idiomatyczne, żargon, humor, specyfika danej kultury itd. To wymaga od tłumacza stosowania różnych środków wyrazu do oddania tego, co autor miał na myśli. Nie zawsze można kierować się dosłownością. To taka słowna żonglerka, dla mnie fascynująca i wciągająca. Przekład literacki to ogromne wyzwanie, ale i ogromna satysfakcja, a także wielka odpowiedzialność. Jak spowodować, żeby tekst tłumaczony był czytany tak, jak oryginał, żeby tak samo wciągał i pochłaniał czytelnika, żeby w trakcie lektury czytelnik zapomniał, że czyta książkę tłumaczoną, a nie oryginał. Szukanie odpowiednich słów, dbałość o to, aby tekst był pełny i zawierał wszystko to, co w oryginale, a jednocześnie żeby wpasowywał się w specyfikę języka polskiego. To wielka tajemnica tego rodzaju przekładu i ogromny kunszt tłumaczy literackich. To także ten rodzaj przekładu, który oprócz pisania, chciałabym kiedyś uprawiać zawodowo.
MO: Tłumacz literacki faktycznie stoi przed wyzwaniem – oddać oryginał w nowym języku, dbając o poprawność gramatyczną i stylistyczną, a jednocześnie starając się zachować styl i wydźwięk oryginału. Nie boisz się, że sama będąc pisarką, będziesz chciała zostawić swój rys w tekście tłumaczonym, „upiększyć” w jakimś stopniu opowiedzianą przez kogoś innego historię?
Maja: Myślę, że wrażliwość pisarska może pomóc w tłumaczeniu, bo wyczula na specyficzny język literacki, środki wyrazu itd. Natomiast profesjonalny tłumacz musi powściągnąć swoje zapędy pisarskie i skupić się na języku przekładu i oryginale. Tłumacz jest takim „łącznikiem” między pisarzem a czytelnikami, nie zaś domorosłym pisarzem. To dwie różne sprawy, które należy rozgraniczyć.
MO: Myślisz, że łatwo jest zrobić takie rozgraniczenie: teraz Maja-pisarka chowa się w głębszych zakamarkach umysłu, a do gry wchodzi Maja-tłumacz (tak, wiem, to spore uproszczenie)? Zwłaszcza, gdy tekst jest średnio napisany, ale ma potencjał – wystarczy tu dodać dwa słowa, tam zabrać opis...
Maja: Potrafię rozgraniczyć moment, w którym występuję jako tłumacz, a w którym piszę. Kiedy piszę, pozwalam słowom płynąć swobodnie, kiedy tłumaczę, zatrzymuję się nad każdym zdaniem, analizuję je, rozkładam na czynniki pierwsze, szukam odpowiednich słów, by oddać sens oryginału, szlifuję szyk zdania itd.
MO: Jest jakiś pisarz holenderski, którego twórczość chciałabyś tłumaczyć? A może pokusisz się o pokazanie polskiej literatury w Holandii?
Maja: Tak, chciałam przetłumaczyć twórczość Kluun'a, ale niestety jego dosyć kontrowersyjna powieść jak dotąd nie została przetłumaczona na polski – wydawnictwa nie wyraziły zainteresowania, co jest dziwne, bo jego książki zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków świata – większość europejskich i kilka egzotycznych. Jego agentka też jest zdziwiona brakiem zainteresowania tymi powieściami na rynku polskim – co ciekawe, pomimo ogromnego sukcesu wydawniczego w Holandii (pierwszą część powieści sprzedano w ponad milionie egzemplarzy, nakręcony został także film na jej podstawie), Kluun nie jest traktowany jako pisarz, a raczej chałturnik. Poza tym nadal sądzę, że literatura niderlandzkojęzyczna jest słabo znana w Polsce, podobnie jak polska literatura w Holandii. Być może kiedyś uda mi się dorzucić swoją cegiełkę, by to zmienić.
MO: Ostatnio coraz większe triumfy święci google translate, Apple tworzy aplikacje, które będą tłumaczyć rozmowę telefoniczną. Co sądzisz o automatycznych translatorach, jako pisarka i tłumaczka? Czy takie programy mają szansę zastąpić człowieka? Maja: Osobiście nie przekonują mnie nawet najlepsze programy – one mogą ułatwiać pracę, ale nie zastąpią człowieka – język polski ze swoimi siedmioma przypadkami i skomplikowaną, złożoną składnią jest trudny do ujarzmienia, w językach germańskich z kolei trzeba znać kontekst i to od kontekstu często zależy użycie danego określenia. A dla mnie korygowanie tekstu już przetłumaczonego przez maszynę jest gorszą i cięższą pracą niż samo tłumaczenie.
MO: Jakie są Twoje dalsze plany literackie? Piszesz wciąż opowiadania – widać to na Gryzipiórku. Szykujesz kolejną antologię, czy może myślisz o dłuższej formie?
Maja: Napisałam jedną powieść obyczajową, ale nie mam przekonania, że jest gotowa i skończona. Wciąż coś w niej poprawiam, ale jeszcze nie osiągnęłam zadowolenia na tyle, by pokusić się o jej opublikowanie. Nadal piszę opowiadania, w głowie mam już pomysł na nową książkę, na razie czeka, aż „dojrzeję”, by przelać ją na papier.
MO: To pozostaje grzecznie czekać. Dziękuję Ci, Maju, za poświęcony czas i miłą rozmowę.
Maja: Ja też bardzo Ci dziękuję. 


Maja Porczyńska

1 komentarz:

  1. Zazdroszczę tylu ciekawych wypraw :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się z każdego pozostawionego komentarza!