19 maja 2012

Babskie kryminały - felieton Agnieszki Lingas-Łoniewskiej


Słaba i silna płeć a krwawa jatka, zawiła intryga, psychodeliczni bohaterowie i zło czające się na każdej stronie. Czyli o kryminale słów kilka. Odsłona pierwsza. Babski kryminał.

Babskie kryminały. Babskie thrillery. Co to takiego? Co to w ogóle, lekko szowinizmem zalatujące określenie? A chłopskie? Są takie? I jeśli tak, to o czym są? Mają coś wspólnego z uprawianiem roli? No, ale skoro niektórzy posługują się hasłem "literatura kobieca", to ja sobie wymyśliłam (przynajmniej tak sądzę, że to ja), "babski kryminał". Kto zacz on? A właściwie cóż to za twór literacki? Nie zaskoczę chyba, gdy powiem, że to prostu kryminał napisany przez kobietę. No właśnie i tu jest pies pogrzebany (uff, zbliżamy się do znajomych klimatów). Czy słaba płeć umie być mocna w języku, historii, intrydze? Czy bohater będzie bezwzględny, okrutny, psychodeliczny, poszarpany przez życie, ludzi, okoliczności? A dlaczegóż by nie? A intryga? Czy zamota czytelnika, znokautuje a na koniec zaskoczy? Ależ oczywiście. Przedstawię kilka kryminałów napisanych przez kobiety, które to pozycje tylko potwierdzą moją tezę, że baby są groźne. I piszą mrożące krew w żyłach historie, będąc bezlitosnymi dla swoich bohaterów.
I tak na pierwszy ogień idzie pewna autorka, która napisała książkę oscylującą na pograniczu thrillera i horroru. Książkę, w której od początku do końca trwa zabawa gatunkami, czasem, formą, dialogiem. Bohaterowie są wyraziści, stworzeni w taki sposób, że czytelnik może znaleźć swojego ulubieńca i mu kibicować. O jakiej powieści i autorce mowa? Może przybliżę pokrótce treść: Inspektor Aleksander Wojciechowski zostaje wezwany do kolejnej kryminalnej sprawy. W starej kamienicy zostają znalezione zakrwawione zwłoki młodej kobiety. Wojciechowskiemu towarzyszy jego asystent, policyjny technik, Michał Stonawski. Obaj nie zdają sobie sprawy, że wchodząc do mieszkania, gdzie znaleziono zwłoki, przekraczają niewidzialną granicę, która oddzieli ich na zawsze od tego co normalne, znajome, pojmowalne i dające się w realny sposób wytłumaczyć. Do ich tandemu dołącza doktor Agata Chomrzan, której obecność nadaje nieuchwytnego smaczku w relacjach całej trójki gliniarzy.
Mogłoby się wydawać, ot, kryminalna historia jakich wiele. Być może. Ale gdy okazuje się, że ofiara morderstwa wcale nie jest już ofiarą, że nic nie jest takim, jakim się wydaje, a trójkę bohaterów zaczyna otaczać istne szaleństwo, czytelnik już wie, że w tej historii nic nie będzie oczywiste i przewidywalne. I oczywiście od samego początku niesamowity klimat tworzy pewien obraz. A właściwie... to co go powinno otaczać. Obrzydliwe, pokrwawione, poskręcane w jakimś bolesnym paroksyzmie bólu. "Ymar". Thriller, a może horror, napisany przez Magdalenę Marię Kałużyńską. Miłośniczkę prozy Stephena Kinga i kolekcjonerkę horrorów. Autorkę opowiadań z pogranicza horroru, grozy i fantasy. Co zresztą doskonale widać w jej debiutanckiej powieści. Fascynacja metafizyką, czającym się złem, oniryczną zagadką. Wszystkim co niewytłumaczalne i z natury niemożliwe. Do tego sugestywne opisy, nazywające rzeczy po imieniu. Realne obrazy zupełnie odrealnionych scen. To czytelnik może odnaleźć w ramach lektury "Ymar" (zamierzona gra słów). I jeszcze coś... po przeczytaniu tej książki niektórzy mogą przestać lubić kolor czerwony.

"Woda zrobiła się trochę za ciepła, momentalnie gorąca, aż w końcu zaczęła parzyć. Mężczyzna syknął z bólu i natychmiast odkręcił drugi kurek. Zamknął oczy, temperatura strumienia była znowu idealna. Chciał ponownie wyprężyć ciało, nawet przemknęło mu przez głowę, żeby usiąść w brodziku, podkulić nogi pod głowę...
Tym razem syknął z innego powodu. Poczuł serię lekkich ukłuć. Lekkich i nienatarczywych, a mimo to bardzo bolesnych. Najpierw na policzku, szyi, następnie w okolicach serca, na klatce piersiowej, brzuchu i nogach. Ukłucia, jakby cienkimi igłami... Ogarnęła go fala strasznego gorąca. Cofnął się o krok, wychodząc ze strumienia, przesunął dłonią po twarzy i zerknął na palce.
Opuszki były czerwone. Cale jego ciało czerwieniało od szybko wypływających, cienkich strużek krwi. Natychmiast wyszedł z brodzika, o mało nie pośliznął się na terakotowych płytkach. Chciał jak najszybciej dojść do telefonu i wezwać pomoc, karetkę... Poczuł zawroty głowy, złapał się obiema dłońmi za gardło, jak mógł najszerzej otworzył usta. W końcu machając rękami, kopiąc i rzucając ciałem, upadł bez życia na podłogę łazienki."1

No cóż. Mogę powiedzieć jedno. "Ymar" wprowadzi was w meandry szaleństwa i kiedy spojrzycie w lustro, może okazać się, że zobaczycie w nim coś, co kompletnie wam się nie spodoba.
Spodoba się wam na pewno podróż do Japonii. Historia tajemniczych drzeworytów, powrót do roku 1905, kiedy to zakończyła się ponad roczna wojna pomiędzy Japonią a Rosją, zakazana miłość, morderstwa i dziennikarskie śledztwo prowadzone we współczesnym świecie. Znany gdański dziennikarz, Emil Żądło, zaczyna być prześladowany w internecie. A właściwie ktoś się pod niego podszywa, umieszczając na różnych internetowych forach wpisy dotyczące japońskich drzeworytów. Emil, wraz z ukochaną Martą, zaczynają badać zagadkową sprawę, która zaprowadzi ich do miłosnej historii sprzed ponad stu lat. A także do prawdziwego biznesowego przekrętu. Zakazane uczucie pięknej gejszy i oficera niemieckiej marynarki nie mogło skończyć się wymarzonym przez niektórych happy endem. Niezła lekcja historii, połączona ze współczesnymi wydarzeniami tworzy uzupełniający się obraz intrygi kryminalnej, której źródeł należy się doszukiwać w początkach dwudziestego wieku. "Cień gejszy", bo o tym kryminale oczywiście mowa, jest czwartą książką Anny Klejzerowicz i drugą, w której pojawia się postać Emila Żądło. Dziennikarza, który czasami staje na bakier i z życiem i z przełożonym i z ogólnie przyjętymi zasadami. Jest postacią, którą na pewno da się lubić i chce jej się kibicować. Autorka tworząc swoje kryminalne opowieści zawsze stara się dopracować wszelkie szczegóły i perfekcyjnie połączyć wszystkie wątki. Ta dbałość o detale, sprawia że opowieść oprócz wątku sensacyjnego, ma zawsze mocną podstawę w postaci głównego tematu, który został dokładnie zbadany i zdiagnozowany przez pisarkę. Tak więc zaletą "Cienia gejszy" jest niewątpliwie to, że oprócz kryminału mamy tutaj autentyczną wiedzę, sprawdzoną i przedstawioną w sposób wiarygodny i idealnie dopasowany do opisanej historii. Czyli połączenie fantazji autorki z realnymi wydarzeniami. To wielka sztuka i umiejętność, aby nie przegadać tematu i wyjść obronną ręką.

"Jednocześnie wiemy – kontynuowała Marta – że mniej więcej w tym czasie trwała wojna rosyjsko-japońska. W Jokohamie stacjonowały zagraniczne okręty. Między innymi z gdańskiej Kriegsmarine, bo pruscy oficerowie szkolili wówczas japońskich oficerów marynarki. To jest tło historyczne naszej zagadki. Udało nam się ustalić, że w tym samym czasie w Japonii przebywa oficer Kriegsmarine, przodek Zagórnych. I tam umiera albo ginie. Dziwnym trafem wspomniane drzeworyty Baisona trafiają do jego rodziny w Gdańsku. Ktoś wysłał je drogą morską. Następnie rodzinę prześladują ludzie z marynarki. Szukają jakiejś tajemniczej szkatułki, o której nic nie wiemy. Wiemy za to, że w jednym z naszych drzeworytów ktoś ukrył dokument, będący – jak wiecie – jakąś ważną umową transakcyjną, związaną z budową kolei mandżurskiej. Z pewnością nie przypadkiem dokument znalazł się w tym miejscu. Musi istnieć jakiś związek między drzeworytami a antenatem Zagórnych. Wskazuje na to także napis "Jokohama". Dziwnym zbiegiem okoliczności zarówno malarz jak oficer przepadli mniej więcej w tym samym czasie. Jeden podobno stracił życie, drugi – diabli wiedzą..."2

W „Cieniu gejszy” odnajdziemy i zdradę i stracone zaufanie, tragiczną miłość, morderstwa i współczesne afery polityczne. Ta książka to sieć powiązań i zależności odległych światów. Smakowicie podaną, pożera się z wielkim apetytem, nie czując głodu, ani też znużenia, spowodowanego przedawkowaniem.
Generalnie miłośnicy kryminalnych opowieści nie powinni narzekać, gdy przedawkowanie będzie mieć związek z dużą liczbą nagromadzonych zagadek, intryg i jeszcze większą dozą niepewności, budzącą się podczas lektury. Podobne odczucia mogą was ogarnąć podczas lektury kolejnej książki, która przyszła mi do głowy podczas rozmyślań o kryminalnych historiach pisanych przez kobiety. Jaki może być przepis na udaną opowieść kryminalną, w której trup ściele się gęsto, pytania rodzą się po przeczytaniu niemal każdej strony, a podejrzanym okazuje się niemal każdy? Może należy wprowadzić szerokie spektrum osób, zupełnie do siebie nie pasujących, umieścić je w zabytkowym pałacyku z historią w tle, położyć każdemu bohaterowi wór doświadczeń i demonów przeszłości na barki i to wszystko obtoczyć wielofazową intrygą?
W starym pałacu na Mazurach znaleziono zwłoki rosyjskiej rodziny Reznikowów. Przed wojną posiadłość należała do pruskiej rodziny arystokratów, von der Groebenów. Obecnie mieści się w niej dziesięć mieszkań gminnych, w których żyją ludzie, będący modelowym przykładem niemal każdego reprezentanta polskiego społeczeństwa. Do pałacu przybywa Alicja Prus, pisarka, która chce przeprowadzić osobiste śledztwo i zdobytą w ten sposób wiedzę wykorzystać w pisanej właśnie książce. Jednakże okazuje się, że nie jest to takie proste, bo niemal każdy mieszkaniec pałacu ma coś do ukrycia, ma coś na sumieniu, ma swój własny bagaż doświadczeń i osobistego demona w duszy i niekoniecznie chce się tym z kimkolwiek dzielić. W tej książce także mamy szereg reminiscencji do lat ubiegłych, jest także wątek historyczny, na którym autorka oparła obecne wydarzenia. W "Pałacu tajemnic" spotykamy ogromny kalejdoskop postaci, które są modelowymi przykładami niemal każdego przedstawiciela polskiego społeczeństwa. Agnieszka Pietrzyk bawi się bohaterami, tworzy ich na pewne podobieństwo, wzór, dokładając każdemu zestaw charakterystycznych cech, dzięki którym stworzone postaci nabierają wyrazistości i w znaczny sposób uatrakcyjniają akcję kryminału. Bo niewątpliwie jest to kryminał, którego głównym zadaniem jest mylenie tropów i wprowadzanie zamętu w umyśle czytelnika. Autorka poprzez zastosowanie prostego zabiegu stylistycznego, pozwala czytającemu poznać przebieg zdarzeń z perspektywy poszczególnych bohaterów, co jest na swój sposób interesujące, ale jednocześnie powoduje wspomniany wyżej chaos i szereg mylnych tropów. I jest to niewątpliwy walor tej książki.

"Z niskiego szarego nieba siąpił deszcz. Było zimno. Wstrząsnęły mną dreszcze. Pochyliłam głowę i ruszyłam w stronę jeziora. Po kilkudniowej ulewie żwirowa droga zmieniła się w błotnistą maź. Grzęzły mi w niej stopy. Poślizgnęłam się parę razy. Na początku szłam ostrożnie, potem zaczęłam zbiegać w dół. Rozpostarłam ręce, żeby w razie poślizgnięcia utrzymać równowagę. Zatrzymałam się przed pomostem. Deski były prawie czarne od deszczu. Grzegorza tutaj nie było. Już miałam się odwrócić i pójść do pałacu, ale przez szum deszczu dosłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Stałam, nasłuchując. Gdzieś niedaleko rozlegało się jakby kwilenie, ale nie dziecka, lecz osoby dorosłej. Weszłam na pomost. Szłam ostrożnie po deskach śliskich jak lodowisko. Kwilenie momentami przechodziło w przeciągły jęk. Zobaczyłam Grześka Nowaka. Siedział w łódce. Był zgięty w pół, ramionami obejmował kolana. Cały się trząsł. Co chwilę podrzucał głową. Dojrzałam jego twarz, wyglądała upiornie. Miał mocno zaciśnięte powieki, odsłonięte zęby, policzki drgały mu tak mocno, jakby były odrębnym, nadmiernie aktywnym organizmem. To on wydawał te dziwne dźwięki." 3

Prafrazując tyuł książki mistrzyni kryminalnej komedii, książka Agnieszki Pietrzyk mogłaby mieć tytuł: "W Pałacu Tajemnic wszyscy są podejrzani". Bo tak właśnie jest, trop goni trop, podejrzenie pada niemal na każdego, a autorka jakoś nie kwapi się, aby podrzucać czytelnikowi podpowiedzi. Co oczywiście jest kolejnym atutem tej opowieści.
Na początek przedstawiłam wam trzy kryminalno-thrillerowato-horrorowate historie, które w ostatnim czasie miałam niewątpliwą przyjemność przeczytać. Oczywiście sam temat powyższych wywodów, to taki trochę obronno-zaczepny, bo w żadnym wypadku płeć nie ma nic wspólnego z rodzajem uprawianej sztuki, jakąkolwiek by ona nie była. Jednakże zdarzało mi się czytać rożne opinie na temat kryminalnych opowieści pisanych przez Autorki i przez Autorów, dlatego też będę teraz cyklicznie przedstawiać i jedne i drugie. Aby pokazać, że płeć nie ma tu najmniejszego znaczenia. Bo tak naprawdę liczy się tylko i wyłącznie... intryga, pomysł i wykonanie.


1Str. 202, "Ymar" Magdalena Maria Kałużyńska, FOX Publishing, 2010
2Str. 182, "Cień gejszy" Anna Klejzerowicz, Replika, 2011
3Str. 188, "Pałac tajemnic", Agnieszka Pietrzyk, Replika, 2011

5 komentarzy:

  1. Moi ulubieni autorzy
    Harlan Coben
    Lisa Jackson
    Karin Slaughter oczywiście Chmielewska i wiele innych

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny felieton :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy artykuł, Aga! I wartościowy!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój ulubiony autor Martin Cross

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się z każdego pozostawionego komentarza!